Życie w pociągu

Dawno, dawno temu, we wrześniu któregoś roku, rozpocząłem naukę w szkole średniej i tym samym zacząłem długą karierę jako klient Polskich Kolei Państwowych. Od tego września któregośtam roku zacząłem regularnie dojeżdżać. Od poniedziałku do piątku. Każdego tygodnia z wyjątkiem świąt lub choroby. Życie w pociągu nie jest wcale takie lekkie.

Straciłem niezliczone ilości godzin od owego września przez całą szkołę średnią i studia. Jak zaczłęm pracę, dojeżdżanie codziennie, zamieniłem na dojeżdżanie do domu w weekendy. Na jakiś czas.

Dzisiaj, z małą przerwą, jeżdżę znowu.

Prócz ogromnej ilości godzin spędząnych na obserwowaniu świata jak ucieka za szybą, dotknąłem życia innych ludzi. Jednych jeżdżących tak jak ja: w tę i spowrotem. Z tej samej miejscowości, z miast, wsi bliższych lub dalszych. Niezliczone godziny, niezliczeni ludzie i ich historie, ilości pokonanych kilometrów, spalonych fajek, wypitych piw, wypowiedzianych słów. Wybuchy niekontrolowanego śmiechu i dzielenie się historiami.

Któregoś piątku, kiedy znowu spóźniłem się na wcześniejszy pociąg, bo chciałem skończyć kolejną małą rzecz w pracy, spotkało mnie coś ciekawego.

Moja droga do domu jeszcze w zeszłym roku wyglądała tak, że w piątek rano pakowałem wszystkie swoje rzeczy w duży plecak, zakładałem go na plecy i wychodziłem na tramwaj, który wiózł mnie do pracy.

Z biura wychodziłem zazwyczaj między 16:30 a 17:30. Tym razem wyszedłem po godzinie 17. Ponieważ na stacji z której odjeżdżał mój pociąg jeździ zwykle wiele osób, w szczególności w piątki, postanowiłem pojechać na stację Berlin Haubtbagnhof.

Pociąg relacji Berlin – Stralsund, bo o nim mowa, dla mnie, jedzie tylko do stacji Angermünde, gdzie przesiadam się do kolejnego, który zawiezie mnie do samego Szczecina.

Na dworcu centralnym często idę do Rewe, odpowiednik Netto lub Biedronki. Kupuję tam coś do picia i jedzenia na drogę. Następnie udaję się na dół, na peron szósty. Czekam chwilę i wsiadam, wraz z innymi, do pociągu. Z piętrowymi wagonami i klimatyzacją. Duża ilość miejsc dla rowerów powoduje, że często ktoś jedzie też z rowerem. Nawet w zimie.

Czasem jest miejsce by usiąść, czasem nie. W piątki, jak i przed jakimiś świętami, naturalnie, jest ciężej znaleźć miejsce siedzące.

Tym razem, stojąc na peronie, usłyszałem kogoś z bardzo wyraźnym polskim akcentem pytającego każdą mijaną osobę o to czy mówi po angielsku. W Berlinie nie trzeba bardzo długo szukać, ale tym razem najwidoczniej był problem.

Zaoferowałem pomoc, po polsku. Człowiek był przeszczęśliwy, że w końcu znalazła się osoba z którą może porozmawiać. Poprosił o pomoc w dostaniu się do Szczecina. Ponieważ tam właśnie jechałem, nie widziałem problemu. Jednak okazało się, że nie miał on przy sobie żadnej gotówki, a w informacji powiedziano mu, że bilet kosztuje 35€ (w rzeczywistości kosztuje 10€). Kupiłem mu bilet i razem wsiedliśmy do pociągu. Miałem tylko nadzieję, że nie trafimy na kontrolę dowodów, która jeszcze czasami się zdarza.

Przedstawił się jako Tomek. Przyjechał do Berlina szukać pracy… jako spawacz. Po rozmowie wrócił na dworzec centralny i usiadł w odosobnionym miejscu, żeby odpocząć. Ponieważ do Berlina jechał pociągiem nocnym, musiał być już bardzo zmęczony. No i oczywiście zasnął.

Kiedy się obudził, wszystkie jego bagaże, łącznie z portfelem, zginęły. Został okradziony. Został przy nim tylko telefon, przy pomocy którego poinformował żonę, że jedzie do Szczecina.

W trakcie rozmowy okazało się, że pochodzi z Trójmiasta i właśnie tam chciał by się dostać.

Na miejsce dotarliśmy przed 21 i razem poszliśmy dowiedzieć się o której godzinie jest najbliższy pociąg do domu i do kasy biletowej, poprosić o bilet kredytowy.

Pierwszy pociąg do Trójmiasta był o godzinie 23. Mieliśmy blisko dwie godziny żeby zaopatrzyć Tomka w jedzenie na drogę i coś do picia.

Polskie Koleje Państwowe niestety nie są wyrozumiałe dla osób, które zostały okradzione i mają przy sobie tylko ubranie wierzchnie. Bilet do Gdańska kosztował wówczas około 130 złotych. Bilet bez posiadania biletu wynosił już ponad 500 złotych (tak, pięćset).

Wyśmiałem ich i kupiłem bilet.

Poszliśmy kupić kanapki i jeszcze coś na drogę. Tomek nie jadł cały dzień, uznałem, że nie może jechać na pusty żołądek. Tym bardziej, że czekała go kolejna nocka w pociągu.

Kilka dni później otrzymałem telefon. Tomek dotarł do domu cały i zdrowy. Bardzo się ucieszyłem, że wszystko się ułożyło. Przez te kilka dni jednak trochę się martwiłem.

Mimo wszystko jednak bardziej obawiam się swoich rodaków, niż osób z zagranicy. Polacy wydają się bardziej skorzy do agresji i kradzieży. Podejrzewam, że to rodacy mogli uwolnić Tomka od jego rzeczy. Nieważne jak było, ważne, że wszystko dobrze się skończyło.

Kilku rzeczy nauczyłem się przez te wszystkie lata dojeżdżania: Telefon, portfel i klucze do domu trzymaj zawsze blisko siebie. Jeśli przewozisz większą ilość pieniędzy, podziel je na 3-4 lub więcej części i trzymaj je w różnych częściach bagaży/ubrania – dzięki temu, nawet jeśli zostaniesz okradziony, nie stracisz całości gotówki. Jeśli masz wiele kart, zrób to samo.

Uważaj na osoby z którymi podróżujesz. Jeśli jedziesz z jedną lub wieloma osobami, które się znają, nie śpij. Jeśli w przedziale znajdują się osoby, które się nie znają, mniejsze prawdopodobnieństo, że ktoś będzie próbował Cię okraść.

Dzięki temu, nigdy nic mi nie ukradziono, mimo, że raz próbowano. Znaleźli jedynie brudne majtki i skarpetki. Nic nie straciłem, ale się przestraszyłem.

Co ciekawe. Mimo tego że nienawidzę dojeżdżać, nadal uwielbiam jeździć pociągami i odwiedzać nowe miejsca.